fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Konflikty zbrojne

Ameryka nie ulegnie prowokacji

Płonący zakład przetwarzania ropy w Abqaiq. Fabryka została ostrzelana z dronów oraz pociskami manewrującymi
AFP
Trump jest przekonany, że za atakiem na saudyjskie rafinerie stoi Iran. Ale raczej nie odpowie interwencją zbrojną.

– Oczywiście, że to jest dzieło Teheranu! Strażnicy Rewolucji Islamskiej to organizacja o ściśle zintegrowanej strukturze obejmującej poza Iranem także Syrię, Liban, Irak, Jemen. Nie ma tu mowy o jakimś przypadkowym działaniu – mówi „Rzeczpospolitej" Nadim Shehadi, wykładowca prestiżowej amerykańskiej Fletcher School of Law and Diplomacy.

Zaraz po ataku w sobotę na rafinerie w Abqaiq i Khurais, który dotknął dwie trzecie potencjału produkcji ropy Arabii Saudyjskiej, do uderzenia przyznał się działający w Jemenie ruch Huti, z którym od czterech lat Saudyjczycy prowadzą wojnę. Jednak już w weekend sekretarz stanu Mike Pompeo ogłosił na Twitterze, że tak duża operacja mogła zostać przeprowadzona tylko przy udziale Iranu.

Stany nie potrzebują Bliskiego Wschodu

W poniedziałek proszący o zachowanie anonimowości przedstawiciele amerykańskich władz pokazali m.in. Reutersowi, „ABC" i „New York Timesowi" zdjęcia satelitarne i dane wywiadowcze, które mają o tym świadczyć. Z jednej strony, kierunek uderzenia wskazuje, że pochodził on z północnego zachodu, a więc Iraku lub Iranu. Z drugiej, wbrew temu, co twierdzili Huti, uderzenie nie zostało przeprowadzone wyłącznie przy użyciu dziesięciu dronów, ale także rakiet manewrujących. A takiego potencjału rebelianci z Jemenu raczej nie mają.

– Celem Iranu jest zmuszenie Amerykanów do podjęcia bezpośrednich negocjacji. Atak ma wzmocnić pozycję w takich rokowaniach Teheranu, pokazać, że na sankcjach wprowadzonych przez USA tracą nie tylko Irańczycy, ale także sojusznicy amerykańscy, na czele z Arabią Saudyjską – uważa Shehadi.

Analiza Jerzego Haszczyńskiego: Wojna dronów, nowa nadzieja biedaków i fanatyków

I rzeczywiście, dowódca Strażników Rewolucji, gen. Amir Ali Hadżizadeh, ostrzegł w poniedziałek, że atak świadczy o ogromnym potencjale zniszczenia irańskich sprzymierzeńców.

– W zasięgu naszych rakiet są wszystkie bazy USA położone w zasięgu 2 tys. km – dodał.

Mimo wszystko Bernard Hudson, były dyrektor kontrwywiadu CIA, a dziś wykładowca Uniwersytetu Harvarda, podkreśla, że Huti zainwestowali w ostatnim czasie bardzo dużo w rozwój technologii dronów.

– Systemy obrony przed takimi środkami bojowymi są wciąż w powijakach. Informacja o nadchodzącym ataku pojawia się późno, gdy maszyna jest już nad naszymi głowami. To pozostawia bardzo mało czasu na reakcję – uważa Hudson.

Do tej pory zakładano, że Arabia Saudyjska, która przeznacza ogromne środki na obronę przeciwlotniczą, potrafi skutecznie zabezpieczyć swoje instalacje naftowe. Sobotni atak odwrócił do góry nogami to założenie, pokazał, że Teheran i jego sojusznicy mogą trwale wpłynąć na dostawy ropy i międzynarodowe ceny paliw nie tylko poprzez blokadę cieśniny Ormuz.

Czy Ameryka zdecyduje się na odpowiedź zbrojną na taki atak?

Prezydent Trump już w czerwcu, po zestrzeleniu amerykańskiego drona, myślał o takim uderzeniu. Namawiał go do tego były już doradca ds. bezpieczeństwa narodowego John Bolton. W niedzielę wieczorem prezydent spotkał się z sekretarzem obrony Markiem Esperem. Zdaniem „New York Timesa" konsultacje w sprawie planów interwencji zostały podjęte w Pentagonie.

Ale w poniedziałek zapewnił na Twitterze, że Stany nie potrzebują już ropy i gazu z Bliskiego Wschodu, bo dzięki rewolucji łupkowej same stały się największym producentem energii na świecie. To zdaniem ekspertów wyraźny sygnał, że Trump raczej nie zdecyduje się na interwencję zbrojną, tym bardziej obejmującą desant amerykańskich żołnierzy.

Sukces Putina

– Amerykanie już od dłuższego czasu mnożą sygnały, że stopniowo tracą zainteresowanie tym regionem. O tym świadczy ich słaba reakcja na przejmowanie kolejnych tankowców przez Irańczyków w Zatoce Perskiej. W roku wyborczym wplątanie się w wojnę na Bliskim Wschodzie nie ułatwiłoby reelekcji Donalda Trumpa. Co więcej, amerykańskie sankcje nałożone na Iran przynoszą rezultaty, stopniowo dołączają się do nich Europejczycy. Irańczycy chcieliby, aby Waszyngton zmienił tę politykę, ale Stany nie mają powodów, aby to robić. Odpowiedź zbrojna wydaje mi się więc mało prawdopodobna – uważa prof. Shehadi.

Zdaniem amerykańskich mediów spotkanie Trumpa z prezydentem Iranu Hasanem Ruhanim w trakcie rozpoczynającej się we wtorek sesji ogólnej ONZ w Nowym Jorku jest teraz mało prawdopodobna.

Ale dla Shehadiego głównym beneficjentem tej konfrontacji może okazać się Władimir Putin. Rosyjski prezydent wyrasta na jedynego przywódcę, który mógłby doprowadzić do jakiegoś porozumienia między Waszyngtonem i Teheranem. Jego pozycja na Bliskim Wschodzie staje się coraz mocniejsza.

– Netanjahu dba o jego względy przynajmniej w równym stopniu co o względy Trumpa – mówi o premierze Izraela prof. Shehadi.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA